Ta nasza młodość… – felieton Weroniki Marglarczyk

Masz już za sobą dobrych dziewięć lat życia spędzonych na tułaniu się po szkolnych korytarzach. W tym czasie poznałeś już masę ludzi, jedni to tylko postaci epizodyczne; drudzy zdarzało się, że zostali na dłużej. Z biegiem czasu jednak da się zauważyć, że twoje życie właśnie tworzą ludzie. Człowiek jest istotą społeczną, a więc ma potrzebę obcowania z innymi.

Ach, to liceum!

Czy idąc szkolnym korytarzem, widzisz często jedną, tę samą osobę, siedzącą z boku, z nerwowym spojrzeniem ukrytym za obudową telefonu? Zdarza się, że możesz jej czasami nie zauważyć, przejęty rytmem własnego życia, ale to właśnie takie osoby liczą na czyjąś uwagę. Do współczesnych chorób cywilizacyjnych należą między innymi depresja, fobia społeczna czy też brak poczucia własnej wartości, nawet nieśmiałość. Wydaje mi się, że powinieneś na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, czy jesteś w stanie sprawić, że na czyimś niebie do końca dnia będzie świecić słońce?

Budząc się codziennie rano, zapewne nienawidzisz tego okropnego dźwięku budzika. Twój dzień to rutyna: biegniesz na autobus, modląc się, aby kierowca cię w porę zaważył i nie odjechał; spędzasz w szkole dobre siedem godzin, po czym jesteś tak zmęczony, że marzysz tylko o tym, aby przespać drugą połowę dnia. Dochodzą jednak wypracowania, kartkówki i sprawdziany, na które z trudem znajdujesz czas, mimo że do wieczora się uczysz. I tak mija okres szkoły średniej. Jednak co będziesz wspominał za dwadzieścia lat? Zarwaną nockę przez sprawdzian, który i tak nie poszedł ci najlepiej czy spotkania ze znajomymi (za którymi wtedy mógłbyś pójść na koniec świata)? Wszystkie te rzeczy, o których lepiej, żeby rodzice nigdy się nie dowiedzieli?

To są tak zwane „błędy młodości”, jednak to one sprawią, że nasze życie, z perspektywy czasu będziemy postrzegać jako barwniejsze. Kończąc osiemnaście lat, nie stajesz się jednak najmądrzejszym człowiekiem na świecie, co najwyżej możesz w pełni legalnie kupić „piwko” i „szlugi” albo zapłacić mandat. Liczy się to, co „masz w głowie”, a uczysz się najlepiej przez doświadczenie. Każdy ma swoje problemy – małe i duże. Jednak zdarza się, że całkowicie w nich pogrążony zapominasz o tym, co jest tu i teraz.

Idąc przez życie, widząc tylko same problemy, nigdy nie nauczysz się żyć chwilą – aby uczynić dzień, tydzień, miesiąc, a nawet rok lepszym, pamiętaj o optymizmie. Wspólnym mianownikiem życia są: ludzie, miejsce i czas. Tak więc, aby przeżyć je szczęśliwie, bądź otwarty na ludzi, nie bój się popełniać błędów i patrz optymistycznie w przyszłość – każdy problem kiedyś się skończy, po burzy zawsze wychodzi słońce.

Weronika Marglarczyk

1 Comment

  1. Alicja Kubiak

    2017-04-28 at 09:50

    Wspominam dobre lata 1986-1990 spędzone w wągrowieckim I LO, kiedy wspinałam się po drewnianych, trzeszczących schodach prowadzących na ostatnie piętro, gdzie obywały się lekcje języka rosyjskiego z prof. Leokadią Wyrembek. Ciężko się szło na te lekcje, już sama świadomość zdobycia kilku ocen (czasami niedostatecznych) podczas jedynych 45 minut sprawiała, że wchodząc po schodach miałam wrażenie pchania przed sobą wielkiego głazu, niczym Syzyf na bezsensownej drodze cierpienia i udręki. Albo na lekcje matematyki z panią prof. Kasprzak, której w ogóle nie rozumiałam i chyba nie chciałam zrozumieć, bo umysł mam humanistyczny, chociaż los pokierował moją drogą zawodową w kierunku ekonomii. Nie ja jedna miałam z nią problem, bo byliśmy klasą o profilu pedagogicznym i prawie wszyscy słuchaliśmy wykładów, jakby w chińskim nie w języku polskim były prowadzone. Na pierwszym piętrze mieliśmy klasę języka polskiego z panią prof. Lewandowską. Lubiłam jej sposób prowadzenia lekcji. Była wyraźnie dumna i zadowolona, gdy temat został omówiony do końca i przedyskutowany przez uczniów. Wyraźne niezadowolenie odbijało się w jej oczach (właśnie – w jej łagodnych oczach! Na tę chwilę – groźnych), kiedy nikt się nie odzywał, nie przygotował do tematu lekcji. Pamiętam lekcję z omawianiem „Ferdydurke”. Kilka osób przeczytało tę lekturę, wtedy chyba nadobowiązkową, nikt jej do końca nie zrozumiał. Lekcja strasznie się dłużyła, zawisła nad naszymi głowami ciężka atmosfera rozczarowania pani profesor. Potem przeczytałam tę książkę i byłam nią zafascynowana. Zrozumiałam, dlaczego była tak ważna dla pani profesor i dlaczego my – uczniowie powinniśmy w pełni ufać naszym opiekunom. Tak, nauczyciele są naszymi opiekunami, wskazują nam drogę ku zdobyciu wiedzy o świecie, byśmy potem mogli dać sobie radę w życiu dorosłym. Ale takie rzeczy człowiek pojmuje dopiero wiele lat po zakończeniu edukacji. Nauczyciele to pomocnicy rodziców, którzy uczestniczą w procesie wychowania dziecka na wartościowego człowieka. Co nie wyklucza z tego procesu buntowników. Oni też są bardzo potrzebni społeczeństwu.
    Felieton Weroniki Marglarczyk porusza istotną kwestię dotyczącą problemów młodych ludzi, którym trudno przystosować się do obecnych warunków społecznych. Powiedziałabym, że młode pokolenie jest odzwierciedleniem nastrojów starszej generacji. Kiedyś nie mówiło się o problemach uczniów. Interesowano się tylko łobuzami, ale nie dociekano powodu złego stanu psychicznego. Dzisiejsze tzw. choroby cywilizacyjne niczym się nie różnią od tych sprzed lat. Każde pokolenie boryka się z prawie identycznymi problemami. Obecnie po prostu mówi się o nich głośno, określa fachowym nazewnictwem, często wykorzystuje się do usprawiedliwienia niepożądanego zachowania młodego człowieka. Kiedyś inaczej to wyglądało, a wizyta u psychologa była wstydem dla całej rodziny.
    Wspominam jeszcze moich nauczycieli – wychowawcą był nam prof. Roman Moćko, który potrafił wywołać uśmiech zaledwie dwoma słowami. Starał się być szorstki, ale nie wychodziło mu to. I na szczęście! Historia z prof. Szczepankiewiczem była najciekawsza, kiedy wahał się i w końcu nam opowiadał o okolicznościach stanu wojennego. Był łagodny w ocenianiu, dawał szansę na poprawę. Czasami pozwalał nam na więcej niż inni profesorowie, ale tylko przez chwilę, bo lekcja musiała się odbyć. Na plastyce u prof. Stefani Ludek biegaliśmy ze sztalugami po całej szkole i terenie wokół budynku. Męczarnie światło-cienia, perspektywy linearnej, draperii martwej natury, kreski ołówka za kształtem do dzisiaj pamiętam, ale i uśmiecham się ciepło do tych wspomnień. Moi obecni znajomi nie potrafią spojrzeć w niebo w taki sposób, by zobaczyć więcej poza błękitem. To właśnie nauczyło mnie dostrzegać w życiu cienie spraw, które rzucają się w oczy najbardziej, by ukryć prawdę poza zasięgiem oczu. To ostrożność i podejrzliwość. Biologię lubiłam, ale nie pamiętam nazwiska młodziutkiej wtedy pani profesor (prof. Mantej?), podobnie z chemią, tyle że nauczycielka (chyba prof. Rutkowska?, albo Rajkowska?) uczyła już dłuższy czas w LO. Geografię na początku miałam z prof. Balcerowiczem. Wspaniały człowiek! W pierwszej klasie po jego lekcji postanowiłam studiować geografię. Niestety, zdarzył się tragiczny wypadek. Zatrudniono panią, której nazwisko nieprzyzwoicie mnie się kojarzy, więc przemilczę. To już nie była geografia, tylko wkuwanie roczników statystycznych. To dla mnie największy zawód z czasów nauki w liceum. Po szkole podstawowej (wtedy 8 lat) miałam uraz do lekcji wychowania fizycznego. W liceum prof. Zyta (Hoffman? Hoffa?) pokazała nam, że na wuefie można uczyć się tańczyć, grać w piłkę i jednocześnie znaleźć czas na odpowiednią postawę (ćwiczenia gimnastyczne) oraz w odpowiednio krótkiej chwili wykonać planowany przez MEN program ocen z mniej ciekawych skoków w dal, biegów, piłki lekarskiej i innych nudnych zajęć.
    Przepraszam za to, że nie pamiętam wszystkich profesorów. Jednak bardzo ciepło wspominam lata młodości spędzone w tych wspaniałych murach. Tak jest teraz, wtedy wzorem wszystkich uczniów narzekałam i nie byłam szczęśliwa z ogromu nauki, jaki na nas nakładano. Dzisiaj to doceniam i ślę piękne „Dziękuję” do moich profesorów, których pewno już tam nie ma.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2019 Ogólniak

Theme by Anders NorenUp ↑